piątek, 20 listopada 2009

Dobro jest zaraźliwe.

"Jeśli tedy wy, będąc złymi, potraficie dawać dobre dary dzieciom swoim, o ileż wiecej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy go proszą.
A więc wszystko, cobyście chcieli, aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie."
Mat.7,11.12


Dzisiaj dotarła do mnie prostota tego tekstu podczas dyskusji na temat bezinteresowności. Jezus wiedział, co mówi, nazywając nas złymi. Tak naprawdę nie ma wśród ludzi czystej i prawdziwej bezinteresowności. Nawet jeśli czynimy innym dobre rzeczy, to dlatego, bo liczymy na rewanż z ich strony. I na pewno nie mamy zamiaru być miłymi ani życzliwymi dla ludzi, którzy są nieprzyjemni, pogardzają nami, a zwracają się tylko wtedy, gdy czegoś od nas akurat potrzebują. Ale tacy jesteśmy i nie przeskoczymy tego.
Może jestem idealistką, ale stale wierzę, że okazywanie innym dobra odpłaci się nam także dobrem. Wierzę, że dobro jest zaraźliwe, że podzielone z innymi mnoży się niezwykle szybko i ze nawet mały gest dobroci będzie odwzajemniony. Wierzę, że dobro pochodzi od Boga i w naszym interesie, żeby nam wszystkim żyło się lepiej, jest uzupełnianie go i dzielenie się z innymi.
Życzę wam wielu dobrych myśli, dobrych słów, uśmiechów, gestów życzliwości i stałego podłączenia do Źródła Mocy :)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Aby zgotować przyszłość i natchnąć nadzieją.

Skończyłam dzisiaj czytać książkę "Moc modlitwy żony" (nie śmiejcie się, ja tak profilaktycznie ;)Ostatni rozdział mówił o modlitwie za przyszłość i wizję męża. Swoją też, właściwie to ten rozdział był mi głównie potrzebny.

Bóg przestrzega, by nie słuchać głosów, które wypowiadają kłamstwa, bo "widzenie swego serca zwiastują, a nie to, co pochodzi z ust Pana" (Jer.23,16). Żadna wizja, która jest zdominowana przez porażki i pozbawiona nadziei, nie pochodzi od Boga (Jer.29,11). Bóg jednakże może odbudować utraconą wizję. Może wypełnić nadzieją, która pozwoli znowu mieć marzenia. Może otoczyć prawdą, która rozprawi się z kłamstwami zniechęcenia. Może wzbudzić pewność obiecującej przyszłości. Modlitwa jest kanałem, przez który Bóg może tego wszystkiego dokonać.
Bóg nie chce, abyśmy znali przyszłość, chce, byśmy znali Jego. Pragnie, byśmy Mu zaufali, że poprowadzi nas w przyszłość krok po kroku. "Ci, którzy szukają Pana, rozumieją wszystko" (Przyp.28,5).


Dobrze by było tak iść ufnie każdego dnia, a nie martwić się przewidywaniem przyszłości i nie spać po nocach, ciągle o tym rozmyślając. Bóg chyba najlepiej wie, że jesteśmy w stanie udźwignąć tylko ciężar bieżącego dnia i wcale nam nie każe martwić się dniem jutrzejszym. Życzę wam dobrego dnia :)

sobota, 14 listopada 2009

O napominaniu.

Dzisiaj na lekcji szkoly sobotniej padla kwestia przyjmowania uwag i napomnienia. Wiemy, temat dla wszystkich trudny i nieprzyjemny. Nikt z nas nie lubi przyjmować uwag, dowiedzieć się, że wygląda się jakoś nieszczególnie, powiedzialo się coś niestosownego albo wręcz bardzo zlego. Czujemy się wtedy tacy glupi, nic nie znaczący, śmieszni i poniżeni. Szczególnie mężczyźni nie lubią uwag i udzielania rad, bo to niezwykle godzi w ich godność osobistą. Ale ogólnie wszyscy mamy z tym problem, a uwag się nie uniknie. No i co zrobić?
Pierwszym krokiem jest odróżnienie uwagi od zlośliwości. Tej ostatniej nie mamy obowiązku wcale sluchać ani się do niej stosować, bo intencja wypowiadającego byla z gruntu zla. Są jednak osoby, które przejmują się wszystkim, co o sobie uslyszą (np. ja ;) i niezwykle trudno im rozróżnić, co bylo uwagą, a co zlośliwością.
Zauważcie, że o wiele latwiej nam przyjąć uwagę od osoby, której ufamy i mamy do niej szacunek, a także wiemy, że zależy jej na naszym dobru.
My,kobiety, mamy to naturalne, że im bardziej kogoś kochamy i jesteśmy z nim związane, tym bardziej się o niego martwimy i chcialybyśmy go zmieniać, żeby byl jeszcze lepszy. Powoduje to wiele konfliktów i nieraz to, że druga strona wcale nie chce nas sluchać.
Pomyślmy, jakby to bylo prościei i latwiej, gdyby każdy z nas wypowiadal uwagi w taki sposób, że drugi by to przyjmowal i jeszcze nam dziękowal, że zrobiliśmy coś dla jego dobra. Jakże byloby prościej, gdyby te uwagi nas nie dotykaly i nie sprawialy, że czujemy się gorsi, ale żeby sprawialy w nas pozytywną zmianę.

Wniosek jest jeden: wszyscy potrzebujemy uczyć się od Chrystusa zarówno jak wypowiadać uwagi, jak i je przyjmować. Wszyscy potrzebujemy zbudować tak ścislą zależność od Niego, by nasza osobista wartość byla ukryta w Nim, tak by czuć pelną akceptację. Jezus byl tak związany z Ojcem, wiedzial, że Bóg go calkowicie akceptuje, więc nie mial żadnych oporów przed dokonaniem najbardziej poniżających zajęć, by ratować ludzi. Nic go nie moglo dotknąć ani zranić. Czy nie marzymy o tym?
Wszyscy mamy swoje wielkie i male kompleksy, każdy chowa w środku wrażliwe miejsce, którego wolalby, żeby nikt nie ruszal i nie dotykal. Każdy jest w środku kruchy i podatny na zranienia. Czy dlatego mamy się zamknąć przed światem, otoczyć murem obojętności, wystawić kolce ironii i palisadę krytykanctwa i tak wegetować za tym obwarowaniem przez cale życie? Cóż to za życie?

Padla dzisiaj taka myśl: módlmy się o to, żeby się nie obrażać, nie brać wszystkiego tak osobiście i mieć wlaściwe podejście do samego siebie. Bardzo tego potrzebujemy dla samych siebie i innych. Potrzebujemy być chronieni przez Boga od nas samych, od naszych destrukcyjnych zachowań i uczuć. Potrzebujemy uwolnienia. Niech to będzie naszym gorącym pragnieniem i modlitwą każdego dnia.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Przyjdzie, nie przyjdzie…?

Pod tym hasłem odbył się 7 XI 2009 r. piąty zjazd młodzieżowy w Krakowie w ramach CFM. Uczestników zjazdu przywitał zespół rozśpiewujący, który pieśniami wprowadził nas w atmosferę nabożeństwa oraz prowadzący: Lidka i Krzysiek. Uroczyste rozpoczęcie nastąpiło wraz z pieśnią chóru i modlitwą. Lekcja szkoły sobotniej, w nietypowy sposób poprowadzona przez młodzież ze zboru w Nowej Hucie, pozostawiła uczestnikom pytania do zastanowienia: Czy jesteśmy gotowi, by przyjąć ofertę wiecznego życia w niebie i czy nie koliduje to czasem z naszymi osobistymi planami?

Niezwykle poruszającym i budującym punktem programu był apel ewangelizacyjny prowadzony przez Michała. Doświadczenia trzech młodych ludzi: Samuela, Dorotki i Marysi, którzy opowiadali o wyjściach ewangelizacyjnych z pieśniami, udzielanych lekcjach biblijnych oraz o wakacyjnych obozach misyjnych, wywołały entuzjastyczne reakcje, a nawet łzy wzruszenia. Było to też apelem do popołudniowego wyjścia z zaproszeniami na wykłady „On przychodzi”, odbywające się już za kilkanaście dni w Krakowie.

W tematykę zjazdu wprowadziło uczestników kazanie pastora Andrzeja Sicińskiego. Rozszerzył on hasło, mówiąc o trzech wymiarach przyjścia Chrystusa: przeszłym, przyszłym i teraźniejszym i podkreślając, że osobiste przyjęcie Jezusa do swojego serca jest pierwszym krokiem do przygotowania się na Jego powtórne przyjście. Historie z Nowego Testamentu, w których Jezus przychodził do bojaźliwych, chorych i grzesznych, przynosząc odwagę, zdrowie i pokój, szczególnie wzmocniły i dodały nadziei, a także skłoniły zgromadzenie do głębokich osobistych refleksji w modlitwie końcowej.

Zanim nastąpiła popołudniowa część zjazdu, należało wzmocnić swoje siły. Uczestnicy mogli skorzystać z gościnności krakowskiego zboru i pokrzepić się gorącym posiłkiem, a także przepysznymi ciastami i owocami w nieograniczonych wręcz ilościach. Do pracy misyjnej wyruszyła grupa roznosząca ulotki, a reszta uczestników skorzystała z wolnego czasu, wychodząc na spacer lub rozmawiając ze znajomymi.

Część popołudniowa, również bogata treściowo, koncentrowała się na dyskusjach dotyczących znaków końca świata. Temat wprowadziła prezentacja multimedialna Marcina o widocznych w świecie zjawiskach przyrodniczych i ekonomicznych, które utwierdzają nas o nadchodzącym kryzysie. Miłym muzycznym akcentem był występ zespołu Fileo, który wykonał 3 pieśni. Następnie odbył się panel dyskusyjny, prowadzony przez Lidkę, w którym trzech pastorów: Andrzej Siciński, Zenon Korosteński, Wasyl Bostan, oraz Andrzej Mielczarek i Paweł Szkołut wyjaśniali rozmaite kwestie dotyczące przyjścia Chrystusa, budzące dyskusje i kontrowersje.

Aby zaspokoić wszelkie potrzeby ludzkiej natury, zjazd miał również część artystyczną, która składała się z minikoncertu i scenki teatralnej, przedzielonej wystąpieniem pastora Sicińskiego oraz krótką przerwą techniczną na kolację i przygotowanie sceny. W klimat wieczornego spotkania wprowadziła zgromadzonych Karolina Harasim, wykonując dwie pieśni, a następnie ze swoim programem wystąpili Mariusz Zawierucha z córką Karoliną. Grając na gitarze, flecie irlandzkim whistle i śpiewając wykonali oni szereg utworów aż w 3 językach: angielskim, polskim i hiszpańskim, a także kilka utworów instrumentalnych. Pieśni przeplatane były słowem Mariusza. Szczególne zainteresowanie wzbudził duet fletowy Karoliny (whistle) i gościnnie Oli Sędzik (flet porzeczny), które wykonały dwa urokliwe staroangielskie utwory. Refleksja pastora Sicińskiego o tym, że po wysłuchaniu takich pieśni należałoby przestać mówić o „jesieni średniowiecza”, a mówić o jego rozkwicie, była niezwykle trafna. Trafne było również krótkie omówienie 24. rozdziału Ewangelii Mateusza i podkreślenie, że znaki czasu nie służą do tego, by wyznaczać czas końca świata, ale by skłonić nas do czuwania, a to wyraża się we właściwych relacjach z bliźnimi i z Bogiem.

W ostatniej części zjazdu nastąpiła długo oczekiwana, słynna już krakowska scenka teatralna, przygotowana przez Bogdana i krakowską młodzież. Tym razem tematem była „Laodycea – ostatnie ostrzeżenie”. Nie tylko treść sztuki, ale i efekty świetlne, multimedia, symboliczne obrazy oraz odpowiednio dobrana muzyka oddziaływały na widzów, pozostawiając ich z przemyśleniami odnośnie własnego życia duchowego.
Nieoficjalnym przedłużeniem zjazdu był wieczorny spacer po Starym Mieście i Kazimierzu, podczas którego mogliśmy bardziej zintegrować się z młodymi organizatorami zjazdu, którzy byli wcześniej za bardzo zabiegani.

Zjazd pozostawił w nas wiele myśli, refleksji i niezapomnianych wrażeń, a także żal, że był zaledwie jednodniowy. Mamy nadzieję, że za rok będziemy mogli dłużej ze sobą przebywać i razem mieć radość z poznawania i uwielbiania Pana.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Myśli i słowa.

Znalazłam dzisiaj ciekawy cytat o tym, jak wypowiadane słowa kształtują nasze myśli.

"Jest prawem natury, że myśli i uczucia możemy pogłębić za pośrednictwem odpowiednich słów. Tak jak słowa wyrażają myśli, tak też jest prawdą, że myśli następują po słowach. Gdybyśmy dawali więcej wyrazu naszej wierze, cieszyli się bardziej posiadaniem błogosławieństw, o których wiemy, że je mamy, posiadaniem wielkiej łaski i miłości Bożej, mielibyśmy więcej wiary i większą radość. (...) Dlatego nauczmy nasze usta i serce wyrażać chwałę za Jego niezmierzoną miłość. Nauczmy naszą duszę być pełną nadziei i trwać w świetle promieniującym z krzyża Golgoty. Nigdy nie powinniśmy zapomnieć, że jesteśmy dziećmi Króla niebieskiego, synami i córkami Pana zastępów. Naszym przywilejem jest spokojny odpoczynek w Bogu."
Śladami Wielkiego Lekarza, s.138


Niezmiernie ciekawy był również ten, jakich słów nie powinniśmy wypowiadać:


"Kiedy ktoś pyta, jak się czujesz, nie opowiadaj natychmiast o rzeczach smutnych, by zyskać współczucie. Nie mów o twoim braku wiary,o twoich zmartwieniach i cierpieniach. Kusiciel lubi słyszeć takie słowa. Kiedy rozmawiamy o rzeczach smutnych, oddajemy chwałę jemu. Nie powinniśmy się rozwodzić nad wielką mocą szatana,którą on nas zwycięża. Często sami oddajemy się w jego ręce mówiąc o jego mocy.Mówmy raczej o wielkiej mocy Boga, aby powiązać nasze sprawy z Jego własnymi. Mówmy o niezmierzonej mocy Chrystusa i opowiadajmy o Jego chwale. (...) Niech pochwała i wdzięczność będzie wyrażona w pieśni; gdy jesteśmy kuszeni, zamiast wypowiadać swoje uczucia, wznieśmy przez wiarę pieśń wdzięczności Bogu."
Śladami Wielkiego Lekarza, s.139


Uświadomiłam sobie, że poprzez nasze słowa każdego dnia wypowiadamy deklarację, w czyją moc się poddajemy... A przecież wypowiadane słowa można kontrolować.
Pozostawiam wam tę kwestię do przemyślenia.

niedziela, 1 listopada 2009

Pogoda ducha.

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie tekst:


"I rzekł Pan do Kaina: Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze? Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, leczy ty masz nad nim panować."
I Mojż.4,6.7



Historia Kaina przed morderstwem to historia człowieka, któremu nie wyszło. Inaczej sobie wyobrażał swoje życie i chciał je kształtować po swojemu, a okazało się, że Bóg takiej postawy nie akceptuje. Znamienne jest to, ze Bóg zwraca mu uwagę: gdybyś czynił dobrze, tak, jak trzeba, nie chodziłbyś ponury i gniewny, ale pogodny. Idąc tym tokiem dalej, oznacza to, że wewnętrzna zgoda ze swoim sumieniem i Bogiem wpływa na nasz nastrój. Kiedy czynimy dobrze, jesteśmy pogodni, kiedy źle, jesteśmy zagniewani i posępni.
Oczywiście to może być uproszczona analogia, ale nieraz w Biblii pojawiają się wersety o tym, jakie ma być nasze usposobienie:

"Przypominaj im, aby zwierzchnościom i władzom poddani i posłuszni byli, gotowi do wszelkiego dobrego uczynku, aby o nikim źle nie mówili, nie byli kłótliwi, ale ustępliwi, okazujący wszelką łagodność wszystkim ludziom."
Tyt.3,1-2

"Niech zaistnieje wśród was jedność dążeń, tożsamość miłości, wspólnota ducha i zbieżność pragnień.
Nie poszukujcie niczego w celu wynoszenia się jedni nad drugich, nie gońcie za próżną chwałą, lecz z całą pokorą uważajcie innych za lepszych od was samych."
Fil.2,3

"Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju."
Efez.4,1-3



Jest to jakby taki wymóg od naśladowców Chrystusa i nie ma żadnego tekstu, który by pozwalał, aby czyniono inaczej. A jeśli coś jest w Biblii wymagane, to jest też obietnica że to może być wykonane. Dzieje się to oczywiście za sprawą Ducha Świętego, od którego pochodzą wszystkie owoce: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Jest też powiedziane, że kto się nie narodzi z wody i z Ducha, nie wejdzie do królestwa Bożego. To znaczy, że mamy ograniczony wybór: albo poddajemy się Duchowi i wydajemy Jego owoce, albo żyjemy według ciała i umieramy.

Z własnych obserwacji i doświadczeń innych ludzi wysnułam wniosek, że jeśli jakaś sprawa albo teoria powoduje niepokój, smutne myśli, rozterki, gniew i ciągłe poczucie krzywdy, to nie ma tam ducha Bożego. I wtedy należy zweryfikować to i albo odrzucić, albo z pomocą Bożą zmienić swoje nastawienie do tego.

A wy jak myślicie?

Bliżej, o bliżej...

"Wtedy Miriam i Aaron zaczęli wypowiadać się przeciw Mojżeszowi z powodu żony, Kuszytki, którą pojął, gdyż pojął za żonę Kuszytkę. I mówili: Czy tylko przez Mojżesza przemawia Pan? Czy także przez nas nie przemawia? A Pan to usłyszał.
A Mojżesz był człowiekiem bardzo skromnym, najskromniejszym ze wszystkich ludzi, którzy są na ziemi."
IV Mojż.12,1-3


Wczoraj omawialiśmy historię kłótni rodzeństwa: Miriam i Aaron, siostra i brat Mojżesza, zwrócili się przeciwko niemu. Pan zareagował i ukarał Miriam trądem.
Zastanawiające jest to, że przecież rodzeństwo Mojżesza to byli ludzie bardzo mądrzy i bogobojni. To przecież Miriam stała po kolana w wodzie, pilnując koszyczka z małym Mojżeszem, a potem zadbała, by uratowała go egipska księżniczka. Była także prorokinią, znała się na muzyce i prowadziła śpiew. Aaron był najwyższym kapłanem. To on udał się na pustynię do Mojżesza, żeby go wesprzeć. To nie byli ludzie mu nieżyczliwi, wręcz przeciwnie. Dlaczego zatem w tym momencie zwrócili się przeciwko niemu?

Zobaczcie pewien kontrast. Mojżesz, który przebywał z Bogiem twarzą w twarz, był najskromniejszym człowiekiem na ziemi. Miriam i Aaron, którzy nie doświadczali w taki sposób Boga, chcieli się wywyższać. Ludzie, którzy przebywają w ścisłej łączności z Bogiem, nie mają problemów z wywyższaniem się, są świadomi swojej wartości w Bogu i nawet będąc na wysokim stanowisku nie popadają w pychę. Kiedy tylko ludzie odchodzą od Boga, opanowuje ich szatan i podsyła im myśli o zazdrości, niższości i chęci dominowania. Nie cieszy ich to, co mają, ciągle oczekują wyższych zaszczytów i są pełni zawiści dla tych, którzy "dostąpili wyższego wtajemniczenia".

Pomyślmy, czy czasem nie jest tak z nami albo naszymi bliskimi? Wiemy, że nas kochają i życzą nam tego, co najlepsze, a jednak w pewnych momentach zwracają się przeciwko nam. Czy to oznacza, że są źli? Nie. Ale nie czuwali i pozwolili, żeby opanował ich zły duch, który nimi miotał jak szmatą i wykorzystał przeciw nam. Oddawanie im tym samym złem nic nie da. Należy raczej się modlić za nimi, aby to ich opuściło. Wtedy nas to nie dotyka i mamy szansę uratować ich z opresji.

Módlmy się więcej za sobą nawzajem. Im więcej ciemności, tym więcej potrzeba modlitwy, żeby wróciło światło. My nie możemy przegonić ciemności ani złych mocy, ale może zrobić to Bóg, który jest Światłością. Modlitwa może zdziałać więcej, niż nasze starania i wyrzuty.

Życzę szczęśliwego nowego tygodnia :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...