poniedziałek, 29 listopada 2010

Przychodzą, zjadają, odchodzą...



Zainspirował mnie dawno oglądany film animowany "Dawno temu w trawie" i życie: swoje i innych, oraz przypadkowo znaleziona notka na czyimś blogu.

Sama siebie nie rozumiem.
Ciągle przed którymś z facetów uciekam, ciągle jakiegoś adorować próbuję, ciągle któregoś spławiam, ciągle tęsknię, ciągle próbuję zapomnieć i niezwykle często czuję igiełki w serduszku. Dziwna jestem. Jakbym nie mogła zadowolić się jednym facetem, jednym porządnym związkiem zamiast wielu byle jakich, które nawet na nazwanie ich "związkami" nie zasługuję. Chociaż... Gdybym miała faceta, z którym mogłabym coś takiego prawdziwego i mocnego stworzyć to na pewno rzuciłabym w cholerę te wszystkie "nie wiadomo co" i zajęła się w pełni tym jedynym, ale zanim go spotkam muszę czymś zająć czas. To strasznie brutalnie brzmi, ale tak- ja zapycham sobie czas tymi znajomościami. Zapycham czas i hartuję serce, przyzwyczajając je do porażek, zawiedzenia i cierpienia. Lekko masochistyczne? Ja chyba mam jakieś ciągotki w tym kierunku, chyba wyłącznie w strefie emocjonalno-uczuciowej. Oby. ;)
http://www.pospolita.e-blogi.pl/notka,2010,08.html

Zastanawiam się poważnie nad tymi i innymi problemami i stwierdzam, że wszelkie dylematy i błędy rodzące się wynikają z tego, że ludzie nie są dostatecznie uświadomieni. A nawet jeśli są, to i tak próbują rozwiązywać to po swojemu. Kiedy zauważą odrobinę zainteresowania z drugiej strony, jakiś błysk w oku, jakieś ciekawe rozmowy się pojawią, jakaś nić porozumienia, od razu zapala się w nich jakaś żarówka: ten! A że człowiek tęskni za bliskością, zrozumieniem, akceptacją, więc wchodzi w "związek" bez większego zastanowienia, na zasadzie "jakoś to będzie, a czy coś z tego wyjdzie, to się okaże". I korzysta z okazji, nawiązując bliskość fizyczną, wypowiadając słowa pełne uczuć, niekiedy bez głębszego pokrycia. Ale kiedy ma okazję poznać osobę z tej mniej przyjemnej strony, kiedy różne życiowe sytuacje pokazują prawdziwy charakter drugiej osoby, nagle rozum się budzi i zaczyna podpowiadać: trzeba się wycofać. Tylko, że zostały powzięte pewne niewerbalne deklaracje... Bowiem każdy głębszy kontakt fizyczny (przytulanie i całowanie, nie mówię o seksie, bo na tym etapie to oczywiste, że jest to wykluczone) jest rodzajem deklaracji i rodzi przywiązanie. A takie zrywanie deklaracji jest bardzo bolesne...
Oczywiście, każdy ma prawo do błędu i kiedy go widzi, lepiej, żeby się wycofał. Tylko... jeżeli raz po raz powtarza ten sam schemat, z którąś już z kolei osobą, czy to nie jest jakieś nienormalne? Czy w tym momencie nie należałoby zatrzymać się i powiedzieć: stop, co ja robię ze swoim życiem i życiem innych? Gdzie pobłądziłem, dokąd mam wrócić, żeby tych błędów nie popełniać?

Słowo Boże mówi:

"Czujniej niż wszystkiego innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia!"
Przysłów, 4,23


Dlaczego? Ponieważ oddając swoje serce (tj. emocje, uczucia, zaangażowanie fizyczne, słowa i inne) nieodpowiedniej osobie, otrzymujemy je mniejsze o cząstkę, którą zostawiliśmy. Próbując tak raz po raz, stajemy się coraz ubożsi o część siebie i kiedy w końcu znajdujemy właściwą osobę, nie zostaje dla niej zbyt wiele uczucia, zbyt wiele cierpliwości, zbyt wiele wyrozumienia, zbyt wiele czystej otwartości, za to jest zbyt wiele zawodu, zbyt wiele porównań z przeszłości, zbyt wiele rozczarowań, zbyt wiele smutku...

Apeluję do was, kochani czytelnicy, i do siebie samej: bądźmy czujni i ostrożni. Przyjaźnijmy się z ludźmi, spędzajmy z nimi czas na dobrych, przyjemnych i pożytecznych rzeczach, poznawajmy siebie w różnych sytuacjach życiowych, uczmy się rozmawiać szczerze i w sposób czysty, ale trzymajmy serce (tj. emocje, uczucia, zaangażowanie fizyczne, słowa i inne) na wodzy i zachowajmy je dla tej jednej, konkretnej, właściwej osoby. A wtedy Bóg to pobłogosławi szczęściem, pokojem i radością na długie lata życia.

wtorek, 16 listopada 2010

Radość w Bogu jest naszą siłą.

"I nie poddawajcie się przygnębieniu, bo radość w Bogu jest waszą siłą."
Neh.8,10 BWP


Jak sobie pościelesz...

Nie pozwólcie, aby kłopoty i troski codziennego życia dręczyły umysł i czyniły was posępnymi. Jeśli dopuścicie do tego, zawsze znajdzie się coś, co będzie was trapić i męczyć. Życie jest takim, jakim je uczynimy, a zawsze znajdziemy to, czego szukamy. Gdy szukamy smutku i kłopotu wyolbrzymiając małe trudności, znajdziemy ich tyle, że zatrują nasze myśli i rozmowy. Lecz jeśli szukamy jasnych stron w każdej sprawie, znajdziemy radość i zadowolenie. Jeśli uśmiechamy się do innych, oni odwzajemnią się nam tym samym. Gdy mówimy miłe i pogodne słowa, usłyszymy podobne.

Zdrowy duch to zdrowsze ciało


Obowiązkiem każdego z nas jest objawiać pogodę ducha zamiast myśleć o smutkach i kłopotach. Wielu w ten sposób nie tylko rujnuje samego siebie, lecz niszczy zdrowie i szczęście innych swoją chorobliwą wyobraźnią. Dopatrują się tylko rzeczy nieprzyjemnych, a wyraz twarzy bardziej niż słowa świadczy o niezadowoleniu. Stan przygnębienia jest bardzo szkodliwy dla zdrowia, utrudnia proces trawienia, rujnuje serce. Smutek i troska nie tylko nie potrafią usunąć choćby najmniejszego zła, ale wyrządzają wielką szkodę; natomiast radość i nadzieja nie tylko oświecają drogę innym, ale "żywotem są tym, którzy je znajdują, a wszystkiemu ciału lekarstwem."

Niech was Bóg prowadzi na dzisiejszy dzień :)

______________________________________________
tekst pochodzi z książki "Chrześcijański dom" E. White, rozdział "Pogoda ducha", s.273 i 274.

niedziela, 14 listopada 2010

100. post :)

Temat, nad którym dyskutowaliśmy przez ostatni weekend, a który nurtował mnie już dosyć długo, to temat grzechu. Na spotkaniu piątkowym padło takie ciekawe pytanie: Dlaczego Bóg nie eliminuje w nas od razu grzechu i skłonności grzesznej natury? Było wiele różnych odpowiedzi, ale tą, która najbardziej mi utkwiła, była: grzech jest częścią nas tak bardzo, że gdyby całkowicie nas z niego ociosać, nie pozostałoby z nas ani kawałeczka. Ponadto wolni całkowicie od grzechu popadlibyśmy w pychę, że już nic na tej ziemi nie musimy robić. Jesteśmy przeżarci grzechem jak zardzewiały statek, rozbity i pozostawiony na mieliźnie. Bóg ratuje nas, holuje nas do portu, a tam zajmuje się odrdzewianiem i naprawą. I to jest tzw. proces uświęcenia.
Jeszcze jedną myślą, która była odpowiedzią na moje bardziej osobiste dylematy była: Bóg dopuszcza, abyśmy ponieśli konsekwencje naszych błędnych wyborów i doświadczyli czasem bolesnych upadków, ponieważ chce nas nauczyć zaufania do siebie, ale i tego, byśmy mogli zrozumieć innych, którzy upadają i nie potępiali ich.
A propos tego ostatniego przypomina się historia o faryzeuszu i celniku:

"I powiedział także do tych, którzy pokładali ufność w sobie samych, że są usprawiedliwieni, a innych lekceważyli, to podobieństwo: Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił: Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie,rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku. A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Powiadam wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie; bo każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony."
Łuk.18,9-15


Faryzeusz swoją wypowiedzią przypomina pewną postać, która także uważała się za lepszą od innych, niemal równą Bogu (zob. Izaj. 14, 12-14). Zatem wynoszenie się nad innych ma znamiona postawy Lucyfera...

***
Innym tematem, połączonym jednak wspólną nicią z powyższym, jest wola ludzka a wola Boża. Jezus mówi w swoim Kazaniu na Górze o ludziach, którzy w swojej ambicji tak bardzo polegali na swoich dobrych czynach, że pominęli szukania w tym wszystkim woli Bożej:

"Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie."
Mat.7,21-23


Nawet wykonując tak wielkie dzieła, jeśli czynimy to z własnych egoistycznych pobudek, aby przeforsować naszą misję, aby pokazać, co wielkiego potrafimy zdziałać, możemy całkowicie się rozminąć z wolą Boga i być odrzuconym.
Jezus w Kazaniu na Górze mówi o bardzo radykalnych czynach, aby być zaliczonym do Królestwa Bożego: wyłupieniu oka i odcięciu ręki.

"Podleganie lub niepodleganie grzechowi zależy od naszej woli. Poświęcenie woli bywa porównane z wyłupieniem oka lub odcięciem ręki. Często wydaje się, że poddanie się woli Bożej oznacza okaleczenie i niedołęstwo. Chrystus mówi, że własne ja, własna ambicja ma być zraniona i okaleczona, abyśmy mogli uzyskać żywot wieczny. Co często uważa się za wielkie nieszczęście, jest tylko wstępem do największego szczęścia."

Ellen White Nauki z Góry Błogosławienia, s.61


Podobne rygorystyczne zalecenia znajdują się w listach apostoła Pawła:

"Bo chociaż żyjemy w ciele, nie walczymy cielesnymi środkami. Gdyż oręż nasz, którym walczymy, nie jest cielesny, lecz ma moc burzenia warowni dla sprawy Bożej; nim też unicestwiamy złe zamysły i wszelką pychę, podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i zmuszamy wszelką myśl do poddania się w posłuszeństwo Chrystusowi, gotowi do karania wszelkiego nieposłuszeństwa, gdy posłuszeństwo wasze będzie całkowite."
II Kor. 10,3-6


Myślę, że poniższy cytat zrównoważy tę wypowiedź:

"Bóg nie chce zniszczenia naszej woli, gdyż tylko wolą możemy wykonać to, czego od nas oczekuje. Wolę należy poddać Jemu, aby mógł nam ją oddać z powrotem oczyszczoną i wzmocnioną oraz połączoną z Nim, co umożliwi wylanie przez nas strumieni Jego miłości i mocy. Chociaż przykre i bolesne może wydawać się upartemu sercu takie poddanie się, to jednak jest ono dla niego korzystne."
tamże, s.62


***

Poruszyłam zaledwie kilka myśli, natomiast rozważać temat można by w nieskończoność. Podsumowaniem tego rozważania niech będzie jeden tekst:

"Mając tę pewność, że Ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je też pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa."
Fil.1,6


Jeśli Bóg w nas już zainwestował, to czy szlifuje nas grubym papierem ściernym, czy obrabia dłutem, czy wypala w ogniu czy ostukuje młotkiem, wypełnia w nas dobre dzieło, które po pewnym czasie wyjdzie na jaw. Na razie jesteśmy bezkształtni i surowi, ale On ma plan, jak nas ukształtować.
Nie bójmy się Mu oddać :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...